Tak mnie ostatnio naszło - czy tradycyjny znak krzyża rozpoczynający i kończący modlitwę nie jest w pewnym sensie szkodliwy. O ile zupełnie zrozumiały jest ten na początku - oto oznaczam teraz ten szczególny czas spotkania ze Stwórcą, wyrażam moją gotowość stanięcia z Nim twarzą w twarz (a właściwie w Oblicze :)), to ten kończący modlitwę budzi pewne wątpliwości.
Zdaję sobie sprawę, że w takiej liturgii godzin znak krzyża nie kończy - modlitwy zwłaszcza, że nie jest ostatni - ale stanowi tylko dopełnienie formuły błogosławieństwa. Tym bardziej wyrabiany tradycyjnym pacierzem nawyk kończenia każdej modlitwy tym czym się ją rozpoczyna (czyżby ludzkie poszukiwanie symetrii we wszystkim co robi? Jak bezsensowny z punktu widzenia liturgii nawyk żegnania się wodą święcona po zakończonej Eucharystii...) wywołuje we mnie pewien niepokój.
Oto znak ten nie jest już częścią błogosławieństwa (obecnego przecież też na końcu Mszy Świętej) ale sam jest zakończeniem czasu modlitwy, niejako odcinając go od czasu po modlitwie, słowem - od reszty życia. Takie odcięcie wytwarza poczucie nieobecności przed Bogiem w "zwykłym czasie", a jedynie w tym specjalnym przeznaczonym na modlitwę.
Myślę, że warto przyjrzeć się jak odbieramy ten kończący gest sami - o ile go wykonujemy. Czy jest tylko symbolem samym w sobie, czy niejako wyrzuca Boga z dalszego czasu? Ja chyba dla bezpieczeństwa zaprzestanę go praktykować - chcę by każdą komórką świadomości i podświadomości był On obecny w moim życiu, czynach i myślach przez cały czas.
Zdecydowanie nie zdecyduję się na rezygnację z tego rozpoczynającego (chociaż mogło by to znaczyć przecież, że całe moje życie jest modlitwą) - pozostawiłbym w celu przypomnienia sobie o tym, że teraz w sposób szczególny chcę się z Nim spotkać. Być może także po to by zaznaczyć początek kolejnego okresu tej mojej z Nim obecności, może jak podniesione w szkole dwa palce gdy chę zwrócić na siebie uwagę Nauczyciela, gdy chcę by rozmawiał tylko ze Mną, przez ten szczególny moment "lekcji", gdzie przecież cały czas jesteśmy razem i powinienem o tym pamiętać by moje zachowanie nie ulegało nawet na moment pogorszeniu, gdyż ten Nauczyciel nigdy nie opuszcza mojej klasy. Nawet gdy ja wychodzę sobie na przerwę.
Zapraszam do dyskusji.
21 lutego 2008
[Filozoficznie] Ramy modlitwy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

3 komentarze:
Ja osobiście uważam ze znak krzyza na poczatku i na końcu symbolizuje rozpoczęcie jakiejs "intymnej", osobstej rozmowy z Bogiem.
Odnośnie tego że "...Jak bezsensowny z punktu widzenia liturgii nawyk żegnania się wodą święcona po zakończonej Eucharystii...) wywołuje we mnie pewien niepokój..."
Czytając ten fragment odrazu przychodzi mi do głowy obrazek podczas święcenia pokarmów na wielkanoc, gdy Xsiądz mówi ze święci te pokarmy i wodąświęcona je kropi i w tym momencie wszyscy sie żegnaja....
O tak... pobłogosław to mięso... jaja... i ludzie się żegnają :D
A co do głównego tematu - to właśnie to zakończenie mnie martwi - może dlatego, że sam to tak odbieram jak napisałem - czyli często nie za dobrze. Co nie przeszkadza mi póki co wykonywać obu. Moim ideałem jest by nie musieć - poza momentami liturgii wymagającymi symboliki - w ogóle sobie przypominać, że oto stoję z Bogiem Twarzą w Twarz, tylko by nigdy w ciagu dnia czy nocy nie odwracać się plecami i być przy Nim cały czas.
Daleka droga jeszcze...
a jak napisałes stac plecami hmmm to taki offtop ale mnie osobscie zalamuje jak widze kogos w kosciele w czasie eucharystji jak stoi tyłem do ołtarza....
Prześlij komentarz